Uwaga!

1) Szablon zrobiła Ruda za co serdecznie dziękuję. Niech Ci to ktoś wynagrodzi w czymś dobrym do jedzenia ;D
2) Bardzo lubię, jak ktoś mi pomaga, mówiąc, co mu się podoba czy jakie błędy popełniam. Jednak jeżeli chcecie wskazać mi błąd w złej pisowni, to cytujcie zdania, a nie wyrazy, będzie łatwiej mi znaleźć :)
3)Jeżeli chcesz, abym przeczytała Twojego bloga, to najlepszą opcją byłoby skomentowanie rozdziału u mnie. Zwykle odwdzięczam się tym samym. Nie musi Ci się spodobać, ale zostaw szczerą opinię :). Nie zostawiaj reklam, bo te usuwam.

wtorek, 20 lutego 2018

Tak, wciąż żyję!

*Zerka nieśmiało*

Cześć!

Tak, tak wiem... wielokrotnie mówiłam o tym, że w końcu zacznę systematycznie dodawać nowe rozdziały, ale Ci co mnie dłużej znają, wiedzą że z każdym kolejnym rokiem idzie mi to gorzej. Co prawda poznałam że im więcej robię tym bardziej mi się chce.

I nie. Nie pisząc tutaj nie odeszłam od blogów. Komentuję, może nie jakoś zaciekle i "na czas", ale lubię czytać Wasze historie, więc ich nie zostawiam. Ba. Przyznam się, że sama jednak wciąż piszę, ale bardziej dla siebie, na rozluźnienie. Dlaczego? Jak już niektórzy stwierdzili obecne opowiadanie ciągnie się jak flaki z olejem... trudno nie przyznać racji. Stworzyłam beznadziejną, nudną, wkurzającą bohaterkę. Dać taką na główną? Słabo. A historia, której pomysł mam, trochę jednak rozwlekła się niemożliwie. Zawsze kończę do końca, ale nie wiem czy w tym wypadku jest sens. Chyba nie umiem wybrnąć z tego.

Chyba najbardziej mnie cieszyło pisanie tutaj właśnie takimi luźnymi historiami. Chociaż nie ukrywam, że zdarza mi się chcieć zostać z bohaterem na dłużej. W końcu to był pierwszy eksperyment ze zbiorem opowiadań.

Wybaczycie jak nie skończę tego? Czy wolicie jednak abym spróbowała dokończyć(postaram się w miarę szybko i nie nudno i w końcu z akcją).

Pozdrawiam,
Shana

wtorek, 25 kwietnia 2017

Walka o zdrowie czy zapobieganie chorobie?(18)

„Co on ukrywa? – myśl nie dawała jej spać”.
Nie mógł w nieskończoność odwlekać powrotu Lefiego. Przynajmniej na to liczyła.
Przekręciła się gwałtownie na prawy bok, odgarniając długie i jasne, brązowe włosy, wpadające jej na twarz. Doskonale znała ojca. Musiał coś ukrywać. To że coś knuł, o tym była przekonana. Tylko w jakim stopniu tyczyło to Lefiego? A może tylko mu się napatoczył? W najlepszym przypadku chce zniechęcić go do niego, pokazując że tylko z niego taki cwaniak, a nie potrafi podołać żadnemu zadaniu. To nawet by pasowało do jej ojca. Zawsze wydawało mu się, że wie lepiej, co dla niej najlepsze. A jakiś nieułożony chłopak, który podważał jego zdanie, raczej nie mieścił się w wąskiej liście cenionych znajomych jej ojca.
Ten Wridius. Kręcił się niemiłosiernie wokół niej a teraz jeszcze wokół Arkadiusa. To również nie dawało jej spokoju. Jednak przekonanie o tym, że jej ojciec go ubóstwiał, trochę osłabło po ostatniej sytuacji. Nie, raczej nie wyznałby mu sekretu. Może i jest lizusem, ale to nie wystarczy, aby zaskarbił sobie jego zaufanie. O nie. Wątpiła, aby komukolwiek o tym powiedział.
Brak światła wzmagał kolejne myśli. Nie raz lubiła noc za to, że nikt jej nie przeszkadza, a czasem nienawidziła za natłok kolejnych pytań, domagających się uwagi, której nie dawała im w dzień.
Przekręciła się na plecy i podparła na łokciach. Niemal od razu jej wzrok spoczął na zdjęciu matki. Uśmiechnęła się od razu. Czuła że gdzieś tu jest i nad nią czuwa. Nie wiedziała ile zmarli i czy w ogóle mogą oddziaływać na świat, ale wierzyła, że zadba o jej przyszłość i w jakiś sposób kontroluje plany Arkadiusa.



Posuwistym ruchem przemknęła obok Wridiusa. On jednak niemal uaktywnił się już idąc krok w krok przy Klemenie. Gdyby tylko widział, jak niemal ogniki złości zagościły w jej oczach, a usta ściągnęły się w wąską linie, wiedziałby, że nie jest mile widziany. Chociaż czasem miała wrażenie, że i najprostsze sygnały do niego nie docierały.
– Wyglądasz na zmęczoną. Chyba niezbyt pilnie słuchałaś wykładu ojca, co? – zapytał, ale nie dał jej dojść do głosu. – Mam notatki, chcesz może? – zaoferował, wyjmując je z torby. – Pewnie myślisz nad przyszłością, co? – dopytywał, ale Klemena miała wrażenie, jakby wcale nie chciał żadnej odpowiedzi, bo nawet nie dawał jej dojść do głosu. – Planuję dalej zgłębiać historię naszego świata i przekazywać ją dalej – odezwał się dumny z siebie.
– Czyli chcesz wygryźć mojego ojca?
Klemena zwolniła, unosząc brwi i lekko się uśmiechając. Wridius stanął nagle ni to oburzony ni to zawstydzony.
– Nie–e–e – zająknął się.
Dziewczyna zaśmiała się cicho. Zawsze taki poważny, pewny siebie. A teraz? Och musi to robić częściej.
– Raczej być jego asystentem albo pomagać mu w odkrywaniu historii.
– Jasne, jasne. – Klemena pokiwała głową i poszła dalej.
– Naprawdę – odezwał się, a ona usłyszała niemal jęk w jego głosie.
Pozbyła się jego towarzystwa, a w dodatku w jakim stylu. Lefi na pewno przybiłby jej piątkę. Uśmiechnęła się blado. Trochę jej go brakowało.


Przeczesał krótkie i tak już ułożone włosy. Poprawił kraciastą kamizelkę, wciągnął koszulę w spodnie. Nawet otrzepał cały niewidoczny kurz z butów. Żałował, że nie wziął żadnej książki. Teraz nie miał czym zająć rąk. Czekał na Arkadiusa pod jego pokojem. Przyszedł niemal od razu po skończonych zajęciach z zaklęć. Nawet wybitna pochwała z ust starej, wykształconej nauczycielki nie ukoiła jego nerwów. W dodatku Klemena jakby dla zabawy posyłała mu kilka prowokujących uśmiechów. Jeżeli już w ogóle na niego spojrzała, to zaraz odwracała wzrok ku niechęci Wridiusa. Jeszcze raz nachylił ucho, ale nikt nie szedł. Przecież to jemu powinna ufać. Człowiekowi który ma wiedzę i wciąż chce ją doskonalić. Komuś kto jej nie zawiedzie. A nie temu bezczelnemu chłopakowi, który stroi sobie żarty z jej ojca! Przed przyjściem Lefiego miał wrażenie, że coraz bliższe są jego stosunki z Klemeną. Siedzieli razem w ławce. Mogła pochwalić się podobnymi, dobrymi opiniami na osiągnięcia od nauczycieli. Mało rozmawiała z innymi. Zupełnie tak jak on! Myślał że może czuje się osamotniona, w końcu tyle tępaków zaludniało ich świat. Mało inteligentni, trzeba im powtarzać po kilka razy, pokazywać… Nie rozumieją wszystkiego. On chciał tylko zdobyć jej sympatię, poczuć że ma kogoś, kto jest taki sam. Jednak nie. Kompletnie go rozczarowała. Opuściła się w nauce, a w dodatku byle kto zaskarbił sobie jej uwagę. Z niechęcią przyznawał, że zazdrościł Lefiemu, że to od jego żartów się uśmiecha, że to ona z własnej woli wybiera miejsce obok niego. Wridius zawsze musiał się przesiadać, bo zwykle siadała gdzie indziej. Myślał że może go nie zauważyła, że dziewczyny tak mają, że rzadko podejmują inicjatywę. A wszystko to okazało się kompletną brednią, którą nie raz sobie wmawiał. Jednak miał okazję. Lefi odszedł z tego świata. A on musi to wykorzystać. W końcu jeszcze jest Arkadius. A Klemena nie do końca ma wpływ na wszystko. Liczył na to, że chłopak nigdy nie wróci… a ona w końcu o nim zapomni…
Usłyszał dobrze znane kroki profesora. Zawsze zdecydowane i mocne. Wciąż nieodłącznie ze swoją opasłą księgą. Kiedy tylko zobaczył Wridiusa, momentalnie zwolnił i utkwił swój wzrok w chłopaku.
– Profesorze, mógłby pan dzisiaj również mi opowiedzieć o historii naszego świata? – zapytał z nadzieją. – Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że tak bardzo się zmienił i niemal z pokolenia na pokolenie, to pańska rodzina dokonała tak wielu odkryć, udoskonaleń.
Arkadius otworzył drzwi do pokoju. Nie zamknął ich, co Wridius wziął za pozwolenie na wejście. Zawsze czuł się nieswojo, kiedy wchodził do tego przestronnego pokoju, który mieścił tak mało mebli. Jednak jeden z nich utkwił mu bardzo dobrze w pamięci. Uważał za niesamowite urządzenie, które pokazywało cały ich świat. Raz trafił na moment, kiedy przedstawiało zupełnie nieznane mu rejony. Jednak nie zdołał spojrzeć na nie wystarczająco, bo mężczyzna jakby widząc jego zainteresowanie, całkowicie wyłączył planszę.
– Widzę, że bardzo garnie cię do wiedzy – zauważył, chowając księgę pod biurko. – Szkoda że moja córka od tego ucieka… – dodał niemal szepcząc. Jednak nie uszło to uwadze Wridiusa.
– Może to Lefi miał taki wpływ na nią. Musi na nowo się skupić i zastanowić, co ważne – wtrącił odważnie. Arkadius popatrzył chwilę w biurko, opierając się dłońmi o nie. Chłopak niemal chciał odwołać powiedziane słowa. Jednak mężczyzna zapytał tylko:
– Pamiętasz jak mówiłem ci o roślinach na świecie pod nami? – Kiedy Wridius kiwnął głową, Arkadius kontynuował. – One nie raz pomogły mojej żonie w chorobie. Zioła, tak je nazywają. Chłopak poprawił kraciastą kamizelkę. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Wydawało mu się, że Arkadius gloryfikuje ich świat. Uważając za nijaki i gorszy ten pod nimi. Czasem czuł, jakby Martylia była dzieckiem władcy, o który musi dbać. Wręcz mocno konkurowała w hierarchii z Klemeną. Toteż zaskoczyły go niektóre historie o roślinach, o których opowiadał. Jak mogło istnieć coś małego, często zielonego i co najważniejsze, nie na ich świecie, mogącego zrobić coś więcej niż magia?
– Poczytaj więcej o tym. W bibliotece jest jedna książka o tym. – Zapisał coś na kartce i dał ją chłopakowi. – Potem porozmawiamy o tym.
Wridius niechętnie wziął zwitek papieru i schował do kieszeni. Zawahał się chwilę, ale w końcu podziękował mężczyźnie i wyszedł z pokoju. Westchnął już za drzwiami. Chciał wiedzieć coś więcej niż Klemena… Może wtedy zacznie go więcej słuchać? Jednak na razie miał zamiar iść do biblioteki zgodnie z nakazem Arkadiusa. Przeczyta jak najszybciej o tych ziołach i wróci do niego z mnóstwem pytań. Może trochę mniej. W końcu pomyślałby, że nie jest godnym rozmówcą, skoro aż tyle trzeba mu mówić. Musi zachować umiar. Już niemal skręcał w prawo, aby przejść do wąskiego korytarzu, prowadzącego tylko do biblioteki, kiedy zauważył Klemenę, wchodzącą do budynku, co chwilę odwracającą się za siebie. W jednej chwili przystanął, czekając aż dziewczyna zbliży się do niego. Gdy przeszła, nie zauważając go, podszedł szybkim krokiem do niej.
– Co tam takiego zauważyłaś? – zapytał niby od niechcenia.
Odwróciła się nagle do niego i przez moment nic nie odpowiedziała.
– Ojciec chyba chce zrobić tutaj hodowlę jakichś roślin albo zapasy. – Wskazała za siebie, ale Wridius nijak nie wiedział o co jej chodzi. – Jakiś wielki… chyba wóz roślin stoi na placu. Ojciec chyba oszalał.
Chłopak zaciekawiony podszedł do otwartych drzwi i wyszedł, od razu zauważając to o czym mówiła koleżanka. Na wielkim placu, całym pokrytym idealną zielenią trawy, stało coś, czego nigdy w życiu nie widział. Coś co poruszało się na kołach! Chociaż pamiętał w książkach rysunki przyczep. Tak, to chyba faktycznie był jakiś wózek. Kompletnie bez sensu, skoro można było posługiwać się miotłą. W dodatku nie byle jaką! Czasem w zestawie mieściły się worki, które pomieściłyby niemal wszystko! I to w dodatku nic nie ważyły! Przynajmniej te najnowszej generacji. Jego rodzice taki mieli. Jemu nie był on zbyt mocno potrzebny. Praktycznie nigdzie nie podróżował. Ta uczelnia to w sumie też jego dom. Rodzice specjalnie przeprowadzili się tuż obok, aby miał jak najbliżej.
Rośliny… czy to nie o nich mówił Arkadius? Och, czym prędzej musi zajrzeć do tej książki. Nienawidził uczucia, kiedy coś odwlekał, a nagle okazywało się to dość przydatne.
– Fakt, mówił coś o nich. Nawet twierdził, że mogą więcej niż niektóre zaklęcia. Bzdura. – Splunąłby niemal, gdyby nie przypomniał sobie o dobrym wychowaniu. To było takie prostackie.
– Bo mogą, o ile nie czeka się z tym zbyt długo – odezwała się, wpatrując się nieobecnym wzorkiem w dal. – Ale po co mu one teraz?
Wridius nagle chciał zapytał co ma na myśli jego towarzyszka, ale zupełnie zatracił się w pytaniu.
– Twój ojciec lubi zdrową żywość. Zawsze powtarza, że roślin nigdy za wiele, za to mięsa już tak. Zresztą całkiem się z nim zgadzam. My nie potrzebujemy tyle tłuszczu do życia. Przez to wpadamy w różne choroby i…
Klemena już dawno go nie słuchała, przypominając sobie, że ojciec dowiedział się o leczniczych ziołach, kiedy jego żona umierała. Nawet skłonił się do wyszukania zielarki, którą niemal wygnał kiedyś z Martyli, za to że śmiała mówić o wyższości czegokolwiek nad magią. Jednak zbyt wolno malała jego duma, aby przeprosić kobietę, a czas dla ukochanej mijał podwójnie szybko. Gdy w końcu udało się zdobyć potrzebne składniki i zrobić napar, okazało się być za późno… Czy to oznaczało, że Arkadius jest chory? A może zwyczajnie nie chciał dopuścić do tamtej sytuacji, że nie miał odpowiednich ziół w zasięgu ręki? Ostatecznie pragnął posiąść całą wiedzę samodzielnie. Chyba że znów pokusi się o przyprowadzenie zielarki a nawet zatrudnienie jej tutaj. Tylko czy jej ojciec potrafiłby w tym wieku znieść to, że ktoś go poprawia, uczy? Niemal od dziecka jej babcia mówiła, że Arkadius należał do samouków i nie raz, i nie dwa dorównywał wiedzą tym wszystkim nauczycielom. Chętnie brał tylko udział w swego rodzaju kołach naukowych, z którym dowiadywał się czegoś więcej niż tego, co opisywano w książkach. Wtedy potrafił współpracować z innymi. Nie musiała zbyt wiele się głowić nad tym, dlaczego jej ojciec lubi Wridiusa.



Próbowała odgarnąć ręką swoje długie czarne włosy, wpadające jej co chwilę na twarz. Jednak im bardziej zdecydowanie się starała, tym gorzej jej to wychodziło. Och musi w końcu przyzwyczaić się do noszenia czapek i w końcu jakąś kupić. Nie marzłyby jej teraz uszy ani nie dokuczał okropny wiatr. Chociaż o rękawiczkach nie zapominała i teraz chroniły jej dłonie, w których niosła zapakowaną sałatkę. Postanowiła zrobić bratu przyjemność i przygotować jego ulubioną; jarzynową. Na wszelki wypadek zapisała w telefonie nazwę ulicy, chociaż wydawało jej się, że trafi do brata bez problemu. Jednak przezorny zawsze ubezpieczony. Wiedziała że jest bliżej niż dalej, kiedy dotarła do miejsca, gdzie domy stały niemal obok siebie. Wyszukała ten właściwy i podążyła w jego kierunku. Zwykle gdyby zobaczyła kogoś znajomego, dodałby jej otuchy, upewniłaby się, że dotarła do właściwego miejsca. Jednak nie tym razem. W końcu imprezę organizował ktoś jej dobrze znany, a ona wolała być od samego początku.
Nacisnęła guzik przy drzwiach, oczekując aż Sebastian wpuści ją do środka. Specjalnie przyszła wcześniej, aby trochę mu pomóc.
– Cześć. – Drzwi otworzył jednak Kuba. Kubek – jak przedstawił go jej brat. Uśmiechnął się, wpuszczając ją do środka.
– Hej – przywitała się Lili. Stała tak przez chwilę, w końcu odezwała się: – mogę gdzieś to położyć? – zapytała, zerkają na sałatkę.
– Jasne, wezmę – odparł szybko, biorąc od niej jedzenie.
Podczas gdy ona zdejmowała płaszcz, chłopak odpakowywał sałatkę.
– Mmm wygląda pysznie – stwierdził, na co uśmiechnęła się. – Zmarzłaś, co? Zrobię herbaty.
– Nie, nie trzeba.
Przyjrzał się jej badawczo aż odwróciła wzrok.
– Więc mówisz, że te czerwone uszy i nos to tak naturalnie? – Uniósł lekko brew, wieszając jej płaszcz na wieszaku.
Zaczerwieniła się lekko. Czasem kłamstwo w imię „nie rób sobie kłopotu” – nie działało. Na szczęście z łazienki wyszedł Sebastian, który od razu przytulił siostrę, sprawiając że zajęła się czymś innym.
– Sałatka jarzynowa? – zapytał zaskoczony. – Lili? – Kiedy pokiwała głową, jeszcze raz się od niej przytulił.
– Przecież to nie jest nic trudnego – zaoponowała.
– Kiedy zrobi ją siostra, to jest coś wspaniałego. – Wyszczerzył się do niej i wszedł do kuchni, wstawiając czajnik na gazie. – Zrobię ci herbaty.
Na powrót jej policzki lekko się zaróżowiły. Nie miała już nic do powiedzenia.



Kiedy tak siedziała przy stoliku, popijając herbatę i rozmawiając z bratem, bo okazało się, że już wszystko jest przygotowane, zadzwonił dzwonek do drzwi. Lili lekko się spięła, zastanawiając się kto to. Sebastian nie zdążył wstać, gdy Kuba już zajął się nowo przybyłymi osobami. Okazało się, że ktoś kto przyszedł, rozpoczął falę dzwonków do drzwi. Każdy kto wszedł, przedstawił się pozostałym, jednak Lili nie zapamiętała prawie ani jednego nowego imienia. Chociaż utrwaliła się w garstce znajomych Sebastiana.
– Jedna chwila zanim zaczniemy imprezę – Kuba szeptał do kolegi w kuchni. – Jest któraś zajęta? – Seba parsknął śmiechem, a Lili uśmiechnęła się.
– Jak jesteś taki wyrywacz, to sam się przekonaj. – Poklepał go po ramieniu i ruszył do Maksa.



Gdy Iza na moment zostawiła ją, idąc do łazienki, Lili właśnie zaczęła się zastanawiać czy to z tą dziewczyną jest coś nie tak, czy to ona jest okropnym samotnikiem. Cały czas wydawało jej się, że Iza coś knuje i raz za razem obgaduje Gabrysię. Nawet jej to zaczęło przeszkadzać. Sebastian rozmawiał z Maksem i Kubą, więc nie chciała im przeszkadzać. A nikogo za bardzo nie znała. Jednak nie chciała, aby znów wypominali jej, że lgnie tylko do brata. Może powinna zostać w domu?
Właśnie dzwonek znów zadzwonił, co zaskoczyło resztę, a zwłaszcza Sebastiana, chociaż był jednym z organizatorów. Kuba jednak klepnął się tylko w czoło i od razu poszedł otworzyć. Tak to już na imprezach bywało, że dobrze przyjść na czas, ale nie jest to konieczne.
Chłopaki tymczasem zajęli się sobą, a Lili zastanawiała się czy do nich nie podejść. Nie miała ochoty siedzieć tu na kanapie z Izą.
Najpierw Sebastian otworzył szeroko oczy, a dopiero potem siostra dołączyła do niego. Jednak nie padł żaden krzyk, wrzask ani nic. Jedynie kompletnie niespodziewany śmiech ze strony nowo przybyłej dziewczyny.
– Daria? – to Lili pierwsza zareagowała.
– O jest i moja współlokatorka, no proszę.
Przyglądała się teraz swojej niskiej koleżance i jej niezwykłemu kolorowi włosów, które coraz bardziej gościł na jej włosach. Jednak fiolet niewątpliwie do niej pasował. Połyskujące spodnie i czerwona bluzka nie pozwalały jej zostać niezauważoną.
– Ja naprawdę przyszedłem na tą samą imprezę, co ty. – Sebastian uniósł lekko ręce do góry, a Daria parsknęła śmiechem.
– Wierzę. – To brzmiało wyjątkowo obco w jej ustach.
– Znacie się? – Kuba uniósł lekko brwi. – Właściwie Seba to mój współlokator – wytłumaczył na wstępie.
– No a ja mieszkam z Lilką.
Ku uciesze brunetki jej brat wraz z współlokatorem i Darią usiedli obok niej. Nawet towarzystwo Maksa jej tak bardzo nie przeszkadzało.
– Skąd właściwie się znacie? – zapytał Sebastian.
– Studiowałam pierwszy semestr na dziennikarstwie, ale nie spodobało mi się to, jednak szybko złapaliśmy dobry kontakt z Kubą i mimo że studia rzuciłam na rzecz pracy, to więź przetrwała.
– A żałuj, że odeszłaś.
– Tak, tak wiem. – Niemal dogadywali się telepatycznie, bo Kuba zaśmiał się tylko na odpowiedź.
Lili w międzyczasie zauważyła, że Iza już wróciła, ale nie usiadła obok tylko kręciła się wokół kuchni, jakby nowe towarzystwo ją odstraszało a może stresowało. Zastanawiała się czy nie pójść do niej, ale tym samym odbierała sobie szansę na uciekniecie od dziewczyny. A naprawdę chciała ten czas spędzić miło, a nie tylko jej słuchać. Każdy podejmowany przez Płoniemczyk temat i tak szybko kończyła lub nawiązywała do Gabi. Czasem tak bardzo na siłę, że nawet Lili zastanawiała się, co jest z nią nie tak. Powoli zaczynała podzielać zdanie Maksa o dziewczynie.
– Maks, dlaczego dziś nas tak omijasz? – Tuż obok pojawiła się Gabrysia, trzymając szklankę z jakimś kolorowym drinkiem. – Weszliśmy razem a już na początku przyssałeś się do chłopaków.
– Stęskniłaś się? – zapytał, zabawnie trzepocząc rzęsami.
– Wręcz przeciwnie, ale potrzeba kogoś dla bezpieczeństwa z powrotem. – Zaśmiała się, siadając obok Lili.
– Dokładnie. Do tego faceci się czasem przydają. Zwykle mniejsze prawdopodobieństwo, że rzucą się na grupę osób w dodatku z mężczyzną, niż na kobietę – skomentowała Daria.
– Ech, a mówisz że to tylko kobiety się wykorzystuje – wtrącił pospiesznie Kuba.
Zamachowska przez chwilę patrzyła w jeden punkt, jakby zastanawiała się nad odpowiedzią, a w końcu rzuciła krótko:
– Czepiasz się. – Zaśmiała się.
– Kobiety – skwitował Kuba, za co dostał łokciem w żebra od Darii. – Ej! To jest właśnie Daria. Ona nie wbije palca w bok, ona od razu musi łokciem.
– Ciesz się, że nie z piąchy – odezwała się w końcu Lili. – Nasz współlokator i na to czasem zasłuży.
Daria spojrzała złowrogo na Lili, ale potem tylko ryknęła śmiechem. Och tak, jej nie sposób przewidzieć. Biedny Kasjan. Krótka rozmowa zamieniła się w długą, zaczynając od śmiechów, zabawnych historii, a kończąc na filozoficznych rozważaniach. W dodatku Płoniemczyk pomimo początkowych obaw, że jej ilość mówienia maleje wraz ze wzrostem ilości osób, zdołała wykrztusić z siebie kilkanaście zdań a nawet kolejną historię. W końcu miała przy sobie brata i współlokatorkę, którą mało widywała, ale to zawsze znajoma twarz, osoba.
– Muszę lecieć, rano do pracy. Dzięki za zaproszenie. – Iza właśnie zabierała torebkę z kanapy, leżącą tuż przy Lili. – Dobranoc – odezwała się głównie do niej. Płoniemczyk wychwyciła w tym uśmiechu, jakby złą nutkę. Obraziła się za to, że ktoś do niej przyszedł? Przecież była odważniejsza od niej. A może tylko jej się wydawało? Czuła że wyrzuty sumienia mogą jej nie dać spokoju. Powinna choć gestem ręki zachęcić ją do przyłączenia się. Może wtedy temat zmieniłby się na inny i okazałoby się, że Iza nie jest tak monotematyczna?
– Uważaj, bo jak Iza się kogoś uczepi, to lepiej się oglądać za siebie – odezwała się Gabrysia tuż po wyjściu dziewczyny. Dopiła kolejnego drinka.
– Serio? – Kuba wybałuszył oczy.
– Nie no. Ona jej po prostu trochę dziwna. Zawsze uczepi się jednej osoby – wyjaśniła, poprawiając sukienkę.
– To dlaczego była z wami na imprezie? – spytała Lili.
– Kiedyś kolegowała się z Polą. Znały się od podstawówki, mieszka blisko niej. Jednak w liceum szybko złapałam język z Polą, a Iza jakby nie tolerowała mojego towarzystwa. Kiedy proponowałam spotkanie w trójkę, to ona zawsze jakoś się wykręcała. Teraz na mnie gada. A Pola to dobra duszyczka i przez wzgląd na ich wcześniejsze relacje dalej się do niej odzywa, zaprasza na imprezy. – Gdy właśnie zaczęła sobie układać wszystko w całość, Gabrysia powiedziała coś jeszcze: – Martin też się jej podobał, więc kolejny minus w jej dzienniczku dla mnie. – Zaśmiała się gorzko. – Lepiej nie ulegaj jej, bo oblepi cię jak jakaś obślizgła glizda.
– A wlaśnie, gdzie jest Pola? – zauważył dopiero Maks.
– Nie mogła być dzisiaj, ale kazała przeprosić Sebka.
– Taka typowa psiapsiółka? – wrócił do tematu Kuba.
– Gorzej.
– Ale gdyby miała przyjaciółkę i chłopaka, to co? – Maks zaczął się zastanawiać.
– No nie wiem, sprawdź może. – Gabrysia puściła do niego oczko.
– Wolę nie. Seba tobie też odradzam. Nie daj się uwieźć tym przewiercającymi cię oczkami. – Niemal zachłysnął się wódką.
– Ktoś ją musi ustawić do pionu – odezwała się nagle Daria.
– Daj spokój, Maks. Aż tak się na mnie nie gapi.
– Nie patrzysz na nią, więc nie widzisz – wytłumaczyła Gabrysia. – Nie mówiła ci nic o nim? – skierowała pytanie do Lili.
– Raczej o tobie albo o Martinie. O Sebastianie raczej próbuje zahaczyć temat niż porozmawiać – powiedziała nieśmiało.
– Ty się martw o siebie Gabi, bo jej zainteresowanie tobą jest większe niż Sebkiem – wtrącił Maks, odchylając głowę i śmiejąc się głośno.
Szatynka tylko przekręciła oczyma z rozbawieniem. Zerknęła w bok, patrząc na kilka osób, wywijających na środku pokoju. Sama zapragnęła trochę potańczyć, więc nikogo nie biorąc ze sobą, zaczęła ruszać się w rytm muzyki. Lili musiała przyznać, że mimo niskiego wzrostu nie była niezauważalna. Umiała tańczyć i aż biła od niej pewność siebie. Poza tym nie czekała na nikogo, aby ktoś zaprosił ją na parkiet. Bawiła się też sama. No i naprawdę była ładna. Naprawdę umiała podkreślić swoje krągłe kształty, zwłaszcza w tańcu. Może te wszystkie durne plotki o niej to tylko wymysł zazdrosnych ludzi? Może to Iza dalej szerzyła albo sama rozpowiadała o niej plotki ze złości, że nie może mieć Poli na wyłączność? Może Martin byłby szczęśliwy z Gabrysią?

piątek, 3 marca 2017

Odwaga czy głupota?(17)

Zerknął na maile na poczcie elektronicznej. Nie zdziwił się, że większość zagracały bezużyteczne reklamy, których nawet nie chciało mu się kasować. Wyszukał wzrokiem tematów, które brzmiały, jakby pisał je ktoś indywidualnie, a nie jako chwytliwy tytuł. Niestety odnalazł tylko jeden. Westchnął. Adam Falkowski – czynsz za listopad. Kliknął niechętnie w maila. Nie dało się ukryć, że dorosłość to nie tylko samowolka. To i obowiązki, i odpowiedzialność. Wolał od razu zapłacić, zanim o tym zapomni. Zalogował się do banku, podając kilka haseł, które miały chronić jego konto przed niepożądanymi osobami.
Skrzywił się. Dobrze wiedział, że pieniądze same nie przybędą. Wklepał potrzebne dane do przelewu i powoli nacisnął ostateczny przycisk. Praca. Musiał w końcu się tym zająć, zamiast wiecznie odkładać. Nie miał zamiaru prosić rodziców o pieniądze, pomimo że sami garnęli do utrzymywania go. Zawsze tylko „nasz, mały Kasjan”.
Nagle wszystkie myśli zniknęły, kiedy ktoś zapukał. Odwrócił się akurat, kiedy Lili uchyliła drzwi.
– Mogę na chwilę? – spytała niepewnie.
Kasjan zastygł na paręnaście sekund, uświadamiając sobie, że jego współlokatorka po raz pierwszy szukała z nim kontaktu i sama do niego zajrzała.
– Jasne – odparł z uśmiechem.
Rozglądała się chwilę po pomieszczeniu. Usiadła na skraju dwuosobowego łóżka, które mieściło się podobnie jak u niej – naprzeciw biurka. Po bokach stała niemal czarna, dwudrzwiowa szafa, wysoki regał i dwie szerokie półki oraz mały stolik z niewielką półką pod spodem. W przeciwieństwie do jej pokoju, Kasjan nie ukrywał się ze swoimi rzeczami. Książki, gry, płyty – wszystko umiejscowił na półkach. Na stoliku leżała nawet doniczka z kwiatkiem, którego Lili nie potrafiła nazwać. – Co u Karoliny?
Czekając na odpowiedź, wzrokiem przechadzała się po kolejnych grzbietach książek. Niemal pół półki zajmowały te o zwierzętach. Dalej rozpoznała nazwisko autora, o którym mówiła jej nastolatka – Andrzej Sapkowski. Podążała dalej wzrokiem, jednak ustała, słysząc odpowiedź Kasjana.
– Lepiej. Chociaż chciałaby odciążyć matkę od sprawy pogrzebu, ale sama nie potrafi się tym zająć. Spróbowałem jej pomóc, ale samo pytanie o to, kogo trzeba poinformować, doprowadza ją do płaczu. – Jego wyraz twarzy zmienił się, a cień uśmiechu usunął się bezpowrotnie. – Ciężko mi patrzeć, gdy płacze. Poznaliśmy się tak niedawno, a ja tak mocno ją pokochałem. No i ciąży mi to, że jestem kompletnym idiotą.
– Kasjan… – Zwrócił ku niej wzrok. – Sporo pewnie i tak byś nie zrobił.
– Wcześniej byłaś innego zdania – wytknął.
– Wiem. Mogliśmy kogoś o tym poinformować, ale tego nie zrobiliśmy. Stało się, już trudno.
Popatrzył na nią uważnie, dla Lili zbyt uważnie. Od razu pobiegła wzrokiem do książek. Za to on próbował poszukać jakiejś oznaki, która tłumaczyłaby przemianę koleżanki. Jednak czarne włosy, jasna cera, dżinsy czy zielony sweter, nie dałyby mu nigdy odpowiedzi. Przecież jeszcze niedawno próbował ją namówić do pogodzenia się z przeszłością, a teraz to ona wzięła jego stronę. Może w końcu zrozumiała, że to nic nie da, więc i on powinien zastosować się do swojej rady.
– Pieniądze z wakacji mi się kończą, a ja nie mam zamiaru być na utrzymaniu rodziców. Nie chcę, aby dawali mi pieniądze jak mojej siostrze – zmienił temat.
– U mnie to zawsze Sebastian był ten bardziej samodzielny. – Uśmiechnęła się do siebie. – Poszedł na zaoczne i znalazł sobie prace. Mieszkał z rodzicami, ale dokładał się do czynszu.
– A ty? Chyba masz dzienne, nie?
– Tak.
Nastąpiła chwila ciszy. Ich wzrok się spotkał. Lili mimowolnie odwzajemniła uśmiech Kasjana.
– Masz jakąś sprawę? – przyjrzał jej się uważniej.
– Właściwie to nie – odparła, lekko przeciągając odpowiedź.
Już na samą myśl, że miałaby powiedzieć, że po prostu chce go poznać, robiło jej się potwornie głupio. Mieszkali ze sobą kilka miesięcy, a ona nie zdążyła wymienić się z nim podstawowymi informacjami? Nawet Sebastian nie spodziewał się tego po niej.
– Czytasz? – zapytała nagle, powracając do regału z książkami.
– Tak, fantastykę uwielbiam od zawsze. Szczególnie Sapkowskiego. – Już złapał oddech, aby powiedzieć coś jeszcze, ale przystanął. – A ty? Lubisz fantastykę? Bo po tym co widzę, to biblioteki kochasz – zaśmiał się.
– Fantastyka jakoś nie bardzo. Wolę coś realnego.
– Ale Harry’ego Pottera znasz?
– Tak. W porządku, to jedna książką, którą lubię. Jednak czytałam dawno, dawno temu – przyznała. – Kompletnie nic nie pamiętałam. – Rozłożyła ręce w geście bezradności.
– Znam je niemal na pamięć. „Kamień filozoficzny”, „Komnata tajemnic” i inne. – Pokręcił głową. – Siostra mi wytykała, że jestem dziecinny, że wciąż czytam literaturę fantastyczną.
– Wiesz co? Zawsze zazdrościłam ludziom tego, że potrafili nie ukrywać siebie. Odważnie zatańczyć, powygłupiać się, a nie głupio komentować, że wygłupy to nie są w ich wieku. Myślę, że twoja siostra nie ma racji. Robisz to co lubisz.
– Trochę jednak ma – odwrócił się na moment do komputera. – Przyszyły rachunki, a z mojego konta wciąż ubywa, zamiast przybywać.
– No to powinieneś wziąć się za siebie. – Uśmiechnęła się lekko. – A ja razem z tobą.
– Oj Lili, Lili – parsknął, chyląc głowę na prawo. – Kiedy ta dorosłość przyszła i nas zaskoczyła?
– Nie mam pojęcia, ale chyba nie możemy jej pozwolić, aby nas miała w garści.
– Zdecydowanie nie możemy.
– Ty szukasz pracy. – Wskazała palcem na niego.
– A ty masz zacząć zauważać, co się dzieje dookoła – odezwał się dość poważnie.
– No to umowa stoi.
Podał jej rękę, a ona niepewnie ją uścisnęła. Spojrzał w jej brązowe oczy i zauważył, że i one się cieszą. Może nie iskrzyły radością, ale wiedział, że w głębi duchu ona się uśmiecha. Zawsze patrzył na postawę ciała, zachowania i nie ufał tylko uśmiechowi, zwykłym słowom. Wolał czyny, bo to one mówiły o człowieku. Jakim jest, co czuje. A u niej niemal wiecznie widział niepewność i wręcz obojętność. Rzadko radość. Niekiedy uśmiechy, aby o nic nie pytał, bo chciała grać, że nic nie jest, że niczego nie potrzebuje i nikogo. A on wiedział, że w końcu musi pęknąć, bo człowiek to stworzenie stadne i potrzebuje kogoś do komunikacji.


Zebrała swoje rzeczy i wsadziła do kieszeni. Opuściła jak najprędzej salę ćwiczeń i przeszła prędko przez korytarz. Nie mogła oprzeć się chęci wyjścia na zewnątrz, ale miała coś jeszcze do załatwienia. Minęła Wridiusa, który wyprzedził ją z wyzywającym spojrzeniem. Wywróciła jedynie oczami i starała się go nie zauważać, i chyba to wystarczyło. Odszedł nawet nic nie mówiąc. Kąciki jej ust lekko się uniosły.
Doszła do wielkich drzwi i chciała już wejść, gdy one otworzyły się i zobaczyła swojego już siwego ojca.
– O, Klemena.
– Cześć, tato – przywitała się, kusząc się na uśmiech. – Śpieszysz się?
– Właściwie to nie. – Zerknął na książkę w dłoni i zaprosił ją do pokoju.
Położył ją do szuflady i usiadł przy biurku, a naprzeciw niego Klemena. Przez moment czuła, jakby załatwiała coś w jakimś urzędzie.
– Mam jedno pytanie – zaczęła powoli, obserwując reakcje ojca. Ten jednak praktycznie bez wyrazu twarzy wpatrywał się w nią, czekając aż w końcu coś powie. – Lefi…
Wstał. Podparł się na dłoniach i wbił w nią spojrzenie. Uszła jej cała pewność siebie.
– Ten chłopak nie powinien siedzieć ci w głowie! – podniósł ton. – Teraz już wiem, dlaczego twoje wyniki tak bardzo się obniżyły. Ten prostak zawrócił… – nie zdążył dokończyć.
– Tato! – uniosła się. – Nie umiem wszystkiego robić perfekcyjnie i nie uważam, abym musiała poświęcać cały czas na naukę – odparła. – Lubię go. – Zignorowała jego wywrócenie oczyma. – Dlatego chciałam zapytać, kiedy on wróci. Co z jego zadaniem?
– Nie powinien cię obchodzić – trochę złagodniał i wziął ręce z biurka, odwracając się. – Nie radzi sobie. To był błąd, aby go posyłać. Za mocno w niego wierzysz, a to zwykły łobuz, który nie umie sobie poradzić z najprostszą misją.
„A ty potrafisz? Czemu go wysłałeś?” – pomyślała, ale nie ośmieliła się wypowiedzieć tych słów. Przywilej córeczki tatusia nie pozwalał nawet na tego typu kłótnie.
– Ale wróci? – spytała.
– Jak dokończy zadanie. – Odwrócił się do niej. – Przecież ci obiecałem. Nie złamię obietnicy córki.
Klemena niepewnie wpatrywała się w ojca. Uśmiechał się, ale nawet ona wyczuwała, jak mocno wysilał się na największe uniesienie kącików ust. Nie. Jej ojciec nie potrafił kłamać. Ona jednak tak. Schyliła głowę, a potem uniosła ją ponownie.
– Wiem, tato. Dziękuję, że dałeś mu szansę.
– Nie mogłem nie zrobić tego dla ciebie – podszedł do niej, a kiedy wstała, przytulił ją do siebie. – Chociaż wolałbym, abyś zakolegowała się np. z Wridiusem. To przemiły chłopak. Zdolny i… wychowany.
Niemal parsknęła śmiechem. Dobrze, że ojciec nie widział jej twarzy, którą wtulała w jego klatkę piersiową. Naprawdę musiałaby upaść na głowę, aby zacząć utrzymywać kontakt właśnie z nim. O nie. Nigdy w życiu. Chociaż… Nie.


Założył skurzaną kurtkę i przeszedł się po ulicach miasta. Zaczesał czarne, długie włosy za ucho i rozejrzał się wokoło. Spojrzał w niebo, ale to nie dawało zbyt wiele. Co też miała mu powiedzieć ta niebieska przestrzeń z białymi otoczkami, które zwą niebem? Nie umiał się przez nie przebić. Odebrano mu wszystkie moce. Tak już się działo, że gdy w danym świecie nie funkcjonują, to i czarodziej nie zrobi nic, a przynajmniej nie taki zwykły. Jedynie moc pośrednia, jakby telepatyczna tylko istniała. Przez nią właśnie kontaktował się Arkadius. Za długo czekał na kolejną odpowiedź. Wykonał już przecież zadanie. Krzyczał w górę, jak wcześniej, ale nie. On milczał. Ten dziad po prostu z niego drwił. Wykorzystał go.
Usiadł na ławce na rynku i przyglądał się bibliotece, w której narobił tyle szumu. Te wszystkie zabezpieczenia, ochrona… To nic. Każdy mógł tam wejść. Każdy kto choć odrobinę się przypatrzył, jak to wszystko funkcjonuje. Może i przyznał rację facetowi, który usnął w muzeum. W końcu praca dzień w dzień, polegająca na wypatrywaniu ludzi, chcących coś przeskrobać jest żmudna. Jednak to jego problem, że nie pilnował, kiedy powinien.
Jego uwagę zwróciła dziewczyna w szarym płaszczu, zerkająca na niego. Od razu ją rozpoznał. Wysoka, szczupła i te przenikliwe oczy, które nie potrafiły zająć się sobą. Naprzeciw temu, co czuje, uśmiechnął się do niej. To zdało egzamin – odwróciła wzrok. Pokręcił głową. Wstał nagle i zaczął za nią iść.
Nie od razu przyspieszyła kroku. Dopiero gdy minęła kilka skrzyżowań, a on nadal był tuż za nią, zwiększyła prędkość. Na szczęście, idąc do biblioteki, wokół niej maszerowało wiele osób. To szybko, to wolno. Czuła się bezpiecznie, mając koło siebie tłumy ludzi. Nie wierzyła w znieczulice. Nie aż taką. Odetchnęła z ulgą, wchodząc po kolejnych stopniach schodów, wreszcie znajdując się w małej, ulubionej bibliotece.
– Dzień dobry – przywitała się z bibliotekarką.
Kobieta tylko skinęła głową z uśmiechem, najwyraźniej czymś zajęta.
Lili czym prędzej wyszukała książek do fizyki, które pomogłyby w jej projekcie. Łapała się na tym, że większość z nich kojarzyła już z tytułów. Położyła pod nogami mały, granatowy plecak, wyjmując wcześniej teczkę ze skserowanymi wytycznymi. Podniosła na chwilę wzrok, ale nikt nie wszedł. „O co mu właściwie chodziło?” – przeszło jej przez myśl.


Dochodziła dwudziesta, więc musiała spakować swoje rzeczy i odłożyła książki na regał. Uśmiechnęła się do bibliotekarki i wyszła z budynku. Wraz z zamknięciem drzwi przypomniała sobie o tym mężczyźnie. Zastanowiła się czy nie zadzwonić do Kasjana, ale ostatecznie odrzuciła pomysł. Przecież nie powie mu, że się boi ciemności. Jak wyzna prawdę, to uzna ją za wariatkę. Boi się gościa, który ją śledził. Może jej się zwyczajnie wydawało? Czy jest aż tak aspołeczna, że każdy objaw uwagi identyfikuje z napaścią na nią?
Przejdzie się. W końcu do domu ma blisko. Jednak nie mogła się powstrzymać od rozglądania się, co chwilę. Wsadziła ręce do kieszeni płaszcza, trzymając w ręku telefon. Wierna klawiszowym urządzeniom nie dała się przekonać na dotykowe cacko. Jednak jej każdy telefon oczarowywał ją jakąś funkcją. Tym razem trafiła na połączenie alarmowe. Trzy przyciski danego klawisza, a do wybranego wcześniej adresata trafiała wiadomość o potrzebie pomocy. Nie musiała odbierać, aby połączenie zwrotne zostało zrealizowane. Ktoś po drugiej stronie już mógł słyszeć, co się dzieje. Nie sądziła, że kiedykolwiek jej się to przyda, ale zawsze wolała mieć możliwość.
Próbowała się skupić i iść, nie patrząc za siebie, ale nijak jej to wychodziło. Złapała się na tym, że idzie niemal spięta, gotowa w każdej chwili na kontratak. Przynajmniej tak jej się wydawało. Ta cała ciemność, której nigdy się nie bała, nagle zaczęła ją przerażać. Stanowiła schronienie dla niebezpieczeństwa. Cieszyła się, że w tej chwili mieszka w mieście, a nie w lesie. W nim strach jakoś bardziej się wzmagał.
Nagle stanęła, dochodząc do rynku. Tutaj paliło się kilka lamp i to dodawało jej trochę odwagi, nadziei. Spojrzała na ławkę, na którą siedział wcześniej tamten mężczyzna. On znowu tam był! Od razu ją zobaczył. Uśmiechnął się. Nie wstawał. Lili rozejrzała się wokoło, widząc że kilkanaście osób przechadza się po rynku. Czy nadal czuła się bezpiecznie?
– O cześć!
Mogłaby przysięgnąć, że niemal podskoczyła, słysząc czyjś głos za sobą.
– Lili, prawda? – dziewczyna nie zraziła się na widok reakcji. A może to tylko jej wyobrażenie?
– Cześć, tak – zreflektowała się, poznając Izę.
– Mieszkasz tu?
– Tak.
– Miałabyś ochotę na krótkie wyjście do pubu? – zagadnęła, spoglądając na moment na telefon, aby sprawdzić godzinę. Już chciała odpowiedzieć, że musi coś jeszcze zrobić, kiedy nagle usunęła te myśli z głowy. Wciąż odmawiała i szukała wymówek. Przecież obiecała bratu, że zacznie więcej przebywać z ludźmi.
– Do pubu? Czemu nie… – zerknęła ponownie na ławkę, ale długowłosego mężczyzny już tam nie było. Może przeraził się, że ktoś dotrzymuje je towarzystwa? Umarłaby chyba ze strachu, gdyby znowu zaczął za nią iść.
– To świetnie. – Ucieszyła się od razu, zawracając i prowadząc ją do pubu.
Mimo że wieczór dopiero się zaczynał, to już ominęły kilka par niepewnie stąpających po ziemi. Wcale nie grała roli ich płeć. Lili tak się w nie zapatrzyła, że na chwilę straciła koleżankę z oczu. Jednak ta nie zapomniała o niej, wychodząc z lokalu.
– No chodź. – Zamachała.
Weszła niepewnie do środka. Czerwone ściany zbiegały się z pomarańczowym, nie dając jednoznacznego koloru. Lili zastanawiała się czy to nie światło nie jest odpowiedzialne za ten mylący odcień. Czarny bar, a za nim niska blondynka, nalewająca drinka. Tuż obok kręcił się średniego wzrostu tęgi brunet, z uśmiechem na ustach, zabierając puste szklanki. Iza właśnie schodziła w dół lokalu, a Lili z braku innego pomysłu podążyła za nią. Dolna część lokalu pomalowano na granatowo, a stoliki w bieli, które miało się wrażenie, że oświetlają trochę pomieszczenie. Przy każdym rogu stała lampa.
Iza już wybrała wolny stolik w rogu, kładąc płaszcz na kanapie.
– Co ci wziąć? – rzuciła pytanie, kiedy Lili ledwie zdołała dojść do stołu.
Przez moment nic nie odpowiedziała. W życiu nie zagościł w pubie.
– Sok jakiś.
– Och daj spokój. – Zaśmiała się. – Piwo, drink?
– Nie piję alkoholu.
– Wezmę ci drinka na spróbowanie. – Puściła do niej oczko i prędko się oddaliła.
Lili tylko westchnęła. Takich jak Iza trudno do czegoś przekonać. Usiadła na kanapie, rozglądając się po ludziach. Naprzeciw siedziała kobieta z mężczyzną. Śmiała się i wpatrywała w jego oczy. On zaś opowiadał. Lili zastanawiała się czy ona naprawdę go słucha, czy tylko wpatruje się z zachwytem, nie zważając na to co mówi. Czy tak właśnie wygląda miłość? A może tylko zauroczenie? Tak Martin patrzył na Gabi, a może ona na niego?
Szklanka z niebieskim drinkiem stuknęła o stolik. Iza usiadła ze swoim piwem. Lili sięgnęła po portfel.
– Daj spokój – zaoponowała Iza. – Następnym razem ty postawisz.
Na to mogła się zgodzić.
Sięgnęła po drinka. Musiała przyznać, że w sumie to całkiem wpadł w jej gusta smakowe. Już chciała go odłożyć, ale cisza nawet dla niej stała się niezręczna.
– Co właściwie robisz na co dzień?
– Studiuję fizykę.
– Fizykę? – Iza otworzyła szeroko oczy. Lili wcale nie zdziwiła reakcja nowej znajomej. Prawie każda osoba tak reagowała. – No to gratuluję ambicji. Dla mnie to czarna magia.
– A ty? Czym się zajmujesz?
– Po liceum ogólnokształcącym jakoś nie chciało mi się ruszać tyłka na studia. – Skrzywiła się nieznacznie. – Znalazłam pracę w „call center”. Dzwonię do ludzi z propozycjami nowych ofert Internetu czy pakietów telefonicznych. Naprawdę są atrakcyjne, ale ludzie wiadomo – czasem odłożą telefon zanim skończę się przedstawiać. Chociaż całkiem nieźle mi idzie. Już nie raz dostałam premię. Lubię gadać. Mogę wybierać sobie do kogo chce zadzwonić. Najlepiej do tych, którzy korzystają z naszych usług od lat. – Upiła piwa. – Niby fajnie. Ale faceta jakoś brak. – Parsknęła śmiechem.
„Nie próżnuje w poszukiwaniu, przypominając sobie co mówił Maks” – podsumowała Lili.
– Jeszcze na pewno jakiegoś znajdziesz – próbowała dodać jej otuchy, zastawiając się czy przypadkiem nie zapyta ją o Sebastiana.
– Lata mijają. Mam już przecież dwadzieścia cztery lata, a moja komórka od kilku lat nie dzwoni, aby ktoś chciał umówić się na randkę.
– Czemu sama nie podejdziesz do nikogo? – spytała Lili, odgarniając swój czarny włos, który wpadł jej do ust. – Przecież jesteś wygadana.
– Nieśmiała i wygadana zarazem – odparła tylko. – Zawsze ci, którzy mi się podobają interesują się kimś innym.
– Zawsze? – spytała odruchowo.
– Prawie zawsze. W końcu kilku chłopaków miałam.
– Całkiem dobry ten drink – wtrąciła Lili, zmieniając temat.
– Widzisz? – Iza uśmiechnęła się mimowolnie.
Lili stwierdziła, że teraz dziewczyna wygląda naprawdę szczerze i ładnie. Sztuczność i kpiące, wykrzywione miny odbierały trochę sympatii. Może i dziewczyna przesadnie się zwierzała, ale chociaż miała pracę i potrafiła się utrzymać. Widocznie też nie słuchała nikogo, kto pewnie naciskał ją na studia.
– Pewnie jak masz brata, to nie masz takich problemów jak ja, co? – zagadnęła ponownie. – Starsi koledzy, to zawsze jakaś szansa na znalezienie partnera.
Od razu w jej głowie pojawił się Martin. On najczęściej bywał w ich domu. W dodatku to nie tylko przyjaciel brata, a też jej. Z resztą kolegów Seby raczej się nie zadawała. Zwykle tylko się przywitała. Martin mieszkał po prostu najbliżej ich i znali się zanim poszli do szkoły.
Ponownie nie wiedziała, co odpowiedzieć. Iza najzwyczajniej nie uważała, aby takie tematy należały do prywatnych. W dodatku Lili znów miała wrażenie, że dziewczyna chce jej coś zainsynuować. A może po prostu przesadza z tymi podejrzeniami i pyta ot tak? Lub zwyczajnie chce zagaić ją jakoś o jej brata? Zamiast odpowiedzi, uśmiechnęła się blado.
– Zadaje zbyt prywatne pytania? Wybacz, taka ze mnie gaduła – odpowiedziała sobie sama, zanim zdążyła uzyskać jakąkolwiek wypowiedź.
– Trochę – przyznała niechętnie Lili. – Mieszkasz tu? Czy tylko wpadłaś okazyjnie?
– Pracuję, ale dojeżdżam z domu. Czasami nocuję u koleżanki, jak nie chce mi się wracać.
Iza odgarnęła długie, brązowe włosy za ramiona i wyjęła telefon, grzebiąc w nim przez chwilę, zostawiając koleżanką samą sobie. Płoniemczyk zatopiła usta w drinku, pragnąc aby jej komórka się odezwała. Choćby krótki SMS. Nawet od sieci. Mógłby posłużyć za wymówkę, aby się stąd wyrwać.
- Często widujesz się z bratem? Wydawało mi się, że macie dobry kontakt. To rzadkie wśród rodzeństwa – odezwała się nagle, skupiając uwagę Lili.
- Od tego roku mieszkamy samodzielnie, ale widujemy się często.
- Mieszka też tutaj gdzieś czy w innym mieście? – Zainteresowanie koleżanki nagle wzrosło, chociaż nie chciała dać tego po sobie poznać.
- Miasto dalej od naszego rodzinnego, Dobrybce.
- O to niedaleko – zawołała radośnie Iza. – Może niebawem zorganizujemy jakąś małą imprezę? Nie chcesz bliżej poznać znajomych swojego brata? No może z wyjątkiem Gabrysi – zaśmiała się, a Lili uśmiechnęła się z grzeczności.
Gdzieś na początku języka tliła jej się impreza u Sebastiana. Nie wyobrażała sobie jednak zapraszać na nią Izy. Miała wrażenie, że i brat nie byłby z tego powodu zadowolony.
– Kurczę, muszę już lecieć. Zapomniałam że miałam jutro z samego rano pomóc siostrze. A zaraz odjeżdża mój ostatni bus. – Iza w pośpiechu zakładała płaszcz i dopiła swoje piwo. – Miło było posiedzieć i może kiedyś znów spotkamy się przypadkiem – zaśmiała się ponownie.
- Dzięki za drinka, odwdzięczę się następnym razem. – Płoniemczyk uśmiechnęła się, a Iza machnęła ręką.

Położyła się już do łóżka z laptopem. Odgarnęła mokre, zimne włosy za ramiona, które nieprzyjemnie schłodziły jej kark. Chciała przed snem jeszcze chwilę pogrzebać w odmętach sieci, aby dać jeszcze chwilę czasu na wysuszenie się włosom, zanim na kilka godzin przyciśnie je do poduszki. Spojrzała na niemal czarne niebo i przypomniała sobie, że mama zawsze wieczorem zakrywała okno zasłonami, a Lili denerwowała się, że z rana jeszcze bardziej nie chciało jej się wstawać, kiedy nie oślepiało jej słońce budzące się do życia. Potem jakoś się do tego przyzwyczaiła i sama zapominała ich odsłaniać, a teraz nikt jej nie narzucał swoich zwyczajów. Jej pokój i jej zasady.
Niemal podskoczyła, słysząc dźwięk SMS-a. Z ciekawością odblokowała telefon, aby zauważyć, że to Sebastian wysłał jej wiadomość. Bez zastanowienia kliknęła.

Będzie ci przeszkadzało jak zaproszę Maksa na imprezę? Zastanawiam się jeszcze nad Polą i Gabi. Może i Iza? Pola pewnie ma do niej kontakt.

Z każdym imieniem krzywiła się coraz bardziej. Tylko Pola wydawała jej się w porządku. Nie mogła zabronić bratu zacieśniania kontaktów. W końcu jak sam powiedział, nie jest pępkiem świata. Obracała telefon w dłoni, zastanawiając się nad odpowiedzią.

Skąd nagle taki pomysł? Iza? Jednak?;P

Skusiła się na małe dokuczanie bratu. Tak dawno tego nie robiła.

Widziałem się dzisiaj z Maksem. Mimowolnie zagadnąłem o imprezie. Poza tym ostatnio czułem, że kiepsko wyszło, że nasz kontakt tak nagle się urwał. Pola jest w porządku, a o Gabi chcę zmienić zdanie. Może o Izie też. W końcu trzeba poznać ludzi, a nie ich oceniać od razu. Prawda, siostrzyczko?;P

Uśmiechnęła się. Sama wypominała mu, że ocenia Izę, a ona robiła dokładnie to samo z Gabrysią i Maksem. Może jeszcze innymi osobami. Przecież sama dobrze wiedziała, że nie ocenia się ludzi po plotkach i nie wystawia opinii na całe życie po pierwszym wrażeniu. Jednak trudno trzymać się tych zasad, gdy obraziła się na cały świat za to, że zabrano jej najlepszego przyjaciela. A przecież i on okazał się zupełnie inny niż na początku go poznała.

Prawda, braciszku. To Twoja impreza, Twoja decyzja kogo zapraszasz. Pewnie i tak będę znać tylko Ciebie. A jak nie znam, to nie oceniam – moja nowa zasada. 
 
Nie czekała długo na odpowiedź.

Jestem dumny z Ciebie siostro ;)

Uśmiechnęła się mimowolnie. Dawno tego nie słyszała. Nie od Sebastiana.
Zamknęła laptopa, bo nie mogła o niczym innym myśleć, jak o tym, że czuje się szczęśliwa, że w końcu sama staje na nogi. Żałowała tylko, że tak późno.
-----------------------
*Ucieka zanim ktokolwiek ją zobaczy*

niedziela, 4 grudnia 2016

Wątpliwe oceny(16)

Ledwo zamknęli drzwi za sobą, a one ponownie się otworzyły. Lili rozpoznała w nich Maksa, kolegę Sebastiana. Uśmiechnął się do nich.
– Hej, już uciekacie? – zapytał, unosząc brwi.
– Jutro do pracy na siódmą, sam rozumiesz – wyjaśnił z lekkim uśmiechem Sebastian.
– Aaa. – Pokiwał głową. – A ty? – Skierował wzrok na brunetkę.
Lili odruchowo spojrzała na brata, ale on nie odwzajemnił jej wzroku. Zastanawiała się nad wymówką. Miała jutro wolne. Mimo że Maks nie mógł o tym wiedzieć, to ona nie lubiła kłamać. Ta niechęć do oszczerstwa przechodziła na jej postawę ciała i każdy mógł się domyślić, że go okłamuje.
– Wszędzie z bratem hehe, co? – Zaśmiał się z nutką kpiny.
Nie chciała przytakiwać.
– Po prostu mało was znam – odpowiedziała lekko rozdrażniona.
– Nie chcesz poznać bliżej? – dociekał Maks.
– Nie męcz mi siostry chłopie. – Sebastian spojrzał na kolegę z rozbawieniem.
Maks uśmiechnął się lekko i zawrócił do domu. Jednak ponownie spojrzał na nich i wpatrywał się bez słowa.
– A szkoda Seba, że idziesz. Iza się zawiedzie – zaśmiał się.
– Kto?
– Iza. Taka z brązowymi włosami. Chyba siedziała obok Lili. – Zaakcentował ostatnie słowo.
Lili zignorowała ton chłopaka. Jednak wzmianka o dziewczynie, z którą rozmawiała, nie przeszła jej obojętnie. Iza, bo chyba tak się nazywała, przyssała się do niej, kiedy zostały same. „Pewnie chciała zrobić na mnie dobre wrażenie. Może myślała, że szepnę bratu kilka ciepłych słów na jej temat – przeszło jej przez myśl. – Ale ona pytała o Martina… – to zaprzeczało jej sugestiom”.
– Taka trochę nieśmiała – dopowiedział Maks, widząc niepewną minę Sebastiana.
„Może chciała okrężnie zapytać o Sebastiana, zaczynając od Martina, aby nie wyszło, że interesuje się jej bratem – wytłumaczyła sobie”.
– A tak. Chyba z tobą rozmawiała, nie? – Brat zwrócił się do siostry, a ona pokiwała głową.
– Dobra, widzę że nie jesteś zainteresowany – zaśmiał się ponownie Maks. – Zresztą, ona jest jakaś dziwna… – Skrzywił się i bez wyjaśnienia zamachał ręką na pożegnanie i schował się w domu Poli.
– Sam jest dziwny – mruknęła cicho Lili.
W odpowiedzi usłyszała cichy śmiech brata.
– Nie polubiłaś go, co?
– Chyba jest taki pasujący do tej Gabi… – prychnęła, chowając ręce do kieszeni.
Szli w milczeniu. Lili zauważyła, że Sebastian wgapia się cały czas w jezdnie i chyba nad czymś intensywnie myśli. Nie chciała mu jednak przerywać, więc sama zaczęła analizować spotkanie. Nie mogła się pozbyć wrażenia, że część osób stamtąd pojawiła się tylko dlatego, że tego dnia stawili się na imprezę, na którą Martin nie dojechał. Szczególnie Gabrysia, która zabawiała się z jakimś chłopakiem. Nawet Pola, która znała go niewiele, wykazała większe zainteresowanie, niż ona.
– O czym rozmawiałaś z tą Izą? – zapytał nagle poważnym tonem Sebastian.
– Pytała o moje relacje z Martinem – odpowiedziała niemal automatycznie.
– A o mnie nic? – dopytywał.
Lili spojrzała na brata, przekrzywiając lekko głowę i unosząc lewą brew. Uśmiechnął się, kręcąc głową z rozbawieniem.
– Nie było pytania – zaśmiał się. – Nie, nie mów nic – poprosił, a ona bezwzględnie go posłuchała.
Czyżby jednak uwaga Maksa nie przeszła obojętnie obok uszu Sebastiana?
– W każdym razie na pewno jest lepsza od Gabi – stwierdziła.
Usłyszała śmiech. Jakoś oboje nie mogli jej przetrawić. Chociaż Lili wcale jej nie znała. Jednak i on słyszał tylko plotki. A to że tańczyła z tyloma osobami na imprezie jeszcze nie kwalifikowało jej do zbrodni. On sam przecież także pił kilka piw, ale to dla prawie nikogo już nie stanowiło rzeczy niewybaczalnej przed osiemnastką. Czy tylko na podstawie wątpliwych treści oceniał kogoś czy może tkwiło w tym jakieś ziarno prawdy?
– Gabrysia też mówiła, że ta Iza już kilka lat temu przyglądała mi się.
– Stara miłość nie rdzewieje widocznie.
– Przestań, Lili – zganił siostrę rozbawiony. – Mi też wydawała się nieco dziwna.
Lili nagle przystanęła i otaksowała brata wręcz oskarżycielskim spojrzeniem. Sebastian ściągnął brwi i spojrzał wymownie na siostrę. Ta jednak tupnęła nogą i popędziła przed siebie, mówiąc na odchodne:
– No jasne, bo dla bogaczy takich jak Gabi, Maks… taka cicha Iza wydaje się gorsza, co nie? – podniosła ton. – Ale nie spodziewałam się tego po tobie, braciszku – zaakcentowała ostatnie słowo i bez słowa szła przed siebie.
Sebastian przez moment stał jak wryty. Myślał przez długi czas, że jego siostra naprawdę nie robi awantur o byle głupoty. Chociaż ma wahania nastroju. Jednak żył w przekonaniu, że myśli logicznie. Wybuch jej złości z powodu nowo poznanej dziewczyny, mocno go zaskoczył. Iza zwyczajnie się do niego nie odzywała i tylko z tego, co pamiętał to obserwowała czasem Martina i może jego, kiedy siedzieli na kanapie. Jednak zamiast zrobić cokolwiek, nawet uśmiechnąć się do nich, ona tylko się patrzyła i ewentualnie odwracała wzrok.
– Lili! – zawołał siostrę, ale ona nawet nie śmiała się zatrzymywać. Wręcz przyspieszyła kroku.
Dopiero jak złapał ją za ramiona i stanął naprzeciw niej, zwolniła stojąc jak słup soli. Brat potrząsnął jej ramionami , aby w końcu się na niego spojrzała, ale nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem.
– Jak chcesz – mruknął tylko. – Musisz tak zawsze wszystkich oceniać? – rzekł oskarżycielsko. Teraz to ona nie wiedziała, o co mu chodzi. – Od kiedy Martin zmarł, ty łazisz po tym świecie jak pępek świata. Lili to, Lili tamto. Zajmij się Lili, bo znowu do nikogo nie wychodzi, bo nikt nie jest taki fajny jak ona sama. Ktoś się do niej odezwie, ktoś chce aby z nim spędziła czas? Nie, bo ona wciąż interesuje się tylko sobą… – wylał wszystkie swoje myśli, które tak zaciekle broniły się głowy, w której obiecał że zostaną. Nie wytrzymał. Puścił jej ramiona i spojrzał na nią mniej intensywnie. – Nikogo do siebie nie dopuszczasz. Może czas się w końcu otrząsnąć i zrozumieć to zanim będzie za późno? Nawet największy samotnik nie zdzierży braku drugiej osoby.
Lili dopiero teraz popatrzyła w oczy brata, ale nie potrafił wytrzymać jej wzroku. Zdążył zauważyć, że cała złość z niej wypłynęła, a w oczach pojawiła się mała łezka, którą nawet w tym mroku potrafił dojrzeć. Wciąż jednak milczała. Och, jak ona kochała milczeć właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebował jakichś słów od niej. Nie miał pojęcia czy powinien żałować wypowiedzianych słów, ale w końcu mu ulżyło. W końcu poczuł, że jej nie okłamuje i traktuje szczerze. Choć nawet jego zabolały te słowa.
– Nawet nie znasz Gabrysi, nie znasz Maksa – dodał jeszcze.
– Ty też jej nie lubisz – dodała cicho.
– Nie przepadałem za nią, ale nigdy jej wystarczająco nie poznałem. Nie trułem głowy Martinowi, aby do niej nie zarywał, bo moja intuicja mówi, że to zła dziewczyna – zadrwił z niej. – A ty obrażałaś się jak mała dziewczynka, bo Martin w końcu się zakochał.
– Nie obraziłam się na niego – fuknęła.
– Jasne – zadrwił, przewracając oczyma.
Mrok już dawno zapadł, a ona nie miała najmniejszej ochoty kłócić się z bratem na środku ulicy. Jednak póki jego siła przeważała, to nie mogła liczyć na wybór. Za bardzo wiedziała, jaki jest uparty.
– Możemy już do tego nie wracać? – zapytała nad wyraz spokojnie. – Ja naprawdę staram się funkcjonować bez niego.
Milczał przez moment.
– A czemu odmówiłaś Maksowi?
– Nie znam go. Jest już późno i chce wracać do domu.
– Lili, masz dwadzieścia dwa lata zaraz, a ty nie chcesz się z nikim spotykać?
Z początku zaskoczyło ją pytanie brata. Chciała powiedzieć, że przecież ma znajomych, ale… musiała niechętnie przyznać, że ona nie umawiała się z nimi na spędzanie czasu. Przebywała z nimi tyle, ile potrzeba. To Kasjan przychodził do niej, a nie ona do niego. Magda proponowała spotkanie, a ona wcale. Nawet nie zapytała jej, jak czuje się jej mama. W końcu koleżanka interesowała się nią i nie przerywała, kiedy mówił o przyjacielu. Pocieszyła, kiedy sama miała dużo większy problem, bo aktualny. Teraz dostrzegła, że w oczach Magdy, mogła uchodzić za kogoś małomównego, ale egoistycznego.
Dopiero chwilę później stwierdziła, że brat pyta ją o życie uczuciowe. Jednak nigdy o tym nie rozmawiali, a na pewno nie w ostatnich latach. Nagle przypomniała sobie jego słowa zza ledwie kilka minut.
– Hej, ja się nie zakochałam w Martinie.
Sebastian uśmiechnął się szeroko. Lili nie miała pojęcia, jak to rozumieć.
– Wcale ci tego nie sugeruje.
– Po prostu wiedziałam, że nie jest odpowiednia dla niego – wytłumaczyła prędko.
– Mała, zazdrosna siostrzyczka – skwitował.
Uśmiechnęła się lekko. Oboje tak ją traktowali. Nie umiała wtedy zaakceptować, że nie poświęcają jej tyle uwagi, co wcześniej. Musiała w końcu zrozumieć, że zaczynają dorastać i powoli się rozdzielać. W końcu nie byli tacy sami i Martin mimo, że nie miał dokładnie sprecyzowanego planu na przyszłość, to wiele wskazywało na to, że z chemią i biologią połączy swoje życie. Wszystko wskazywało na to, że zostanie lekarzem. A na przekór wszystkiemu, Lili nie cierpiała lekarzy.
– Po prostu się o was martwiłam.
– A ja o ciebie. – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Obiecaj mi, że nie będziesz siedzieć w swojej skorupie.
Wciąż stał nad nią, a ona tylko się skrzywiła na te określenie. Jednak nie umiała zaprzeczyć. Z trudem przyznała mu racje.
– W porządku – zgodziła się niechętnie.
– Wpadniesz do mnie w weekend do mieszkania? Na domówkę. Poznasz bliżej mojego współlokatora.
Kolejny wybór pojawił się w jej głowie. Tak czy nie? Automatycznie odpowiedziałaby to drugie. Jednak brat oczekiwał tego pierwszego. Uśmiechnęła się nieznacznie, potakując głową. Przytulił ją lekko i poszli na ostatni autobus.




   Lefi coraz bardziej się niecierpliwił. Minęły dokładnie dwie doby, a on wciąż nie dostał odpowiedzi od Arkadiusa. Choć zapewne nie czytał porannej gazety, to doskonale uświadamiał sobie, że jakoś go obserwuje. W końcu wiedział o porażkach, którymi Lefi się nie chwalił. Poważnie zaczęły go już denerwować te białe ściany i niewygodne łóżko. Niemal kompletny kontrast między jego domem tam na górze, w Martyli. Jednak najgorsze, to uświadomienie sobie, że nie ma się do kogo odezwać. Od razu przypomniały mu się chwilę, kiedy nie wytrzymał na tych nudnych lekcjach, co rusz, pisząc na liściku coś Klemenie. Ten jej śmiech napawał go do jeszcze większych psot. Uwielbiał komuś sprawiać radość, ale jeszcze bardziej ucierać komuś nosa. Jednak tym razem do nie on był górą. To od Arkadiusa zależał jego dalszy los, który z każdą kolejną chwilą stawał się niepewny. Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie specjalnie gra mu na nerwach, bo w końcu Lefi nie raz, nie dwa zaszedł mu za skórę. A teraz miał specjalną okazję na odegranie się.
Arkadius chyba specjalnie załatwił mu ten, jak dobrze pamiętał: „zegar”, aby mógł w nieskończoność wgapiać się w mijający czas. Miał go denerwować, kiedy zabierał się do działania. Przypominać, że w końcu musi to zrobić. Natomiast teraz nie mógł wytrzymać głośnego tykania, które zaczynało huczeć mu w głowie. Przecież nie mógł się na nim mścić w nieskończoność. Nie mógł. Obiecał własnej córce. A jej obietnicy złamać nie mógł. Przynajmniej robił sobie taką nadzieję. Przez myśl przeszło mu, że jeżeli Arkadius nie odezwie się jeszcze jeden dzień, to zacznie działać. Tak jakby on na pewno tego nie chciał. Musiał zrobić wszystko, aby nie zostać w tym świecie. Brak magii go ograniczał, a on nie lubił być ograniczony…



Daria kręciła się po kuchni, tłukąc garnkami, skutecznie wybudzając współlokatorów. Niemal na raz otworzyły się drzwi do pokoi Kasjana i Lili. Oboje spojrzeli na siebie, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego ich koleżanka wzięła się za gotowanie o siódmej rano. Zwykle przygotowywała sobie coś szybkiego do zjedzenia i znikała na całe dnie, wracając często z burzą emocji. Mimo poranku, miała już na sobie czarne dżinsy z przetarciami i ciemnofioletową, luźną koszulkę. Wciąż milczeli, nie mając odwagi na odezwanie się. Doświadczenie nauczyło ich, że czasem lepiej nie wchodzić współlokatorce w paradę. Zwłaszcza Kasjan przekonał się na własnej skórze. Mieszkali od niedawna, on już zdołał się jej narazić. To że ostatnio zachowywała się nad wyraz spokojnie i nawet Sebastian nie zdołał jej zdenerwować, to jeszcze nie świadczyło o tym, że na zawsze zapanował spokój. Już mieli ostrożnie się wycofać do swoich pokoi, kiedy nagle Darii spadł garnek na podłogę, uderzając w palec u stopy. Od razu zabrała nogę, siadając na krześle. Dopiero wtedy ich zobaczyła.
– Pokaż to – zażądał, podchodząc do niej.
– Nic. Zostaw – fuknęła na niego, kiedy zbliżył się.
– Och, OK. – Podniósł ręce w geście poddania.
Lili spojrzała pytająca na Kasjana, ale ten nie potrafił jej odpowiedzieć w żaden sposób. Daria podniosła wzrok, a ich miny znów stały się neutralne. Niespodziewanie uśmiechnęła się.
– Po prostu staram się być samodzielna – wytłumaczyła.
Kasjan uniósł prawą brew.
– No co tak patrzysz? – zdenerwowała się.
– Dlatego tłuczesz garnkami z rana? Średni mi to dowód samodzielności.
– Och…
Nagle znów stała się niemal czerwona na twarzy, że Kasjan zaczął żałować swojego osądu. Widział te płonące ogniki w jej oczach, które nie sprawiały, że ma pokojowe zamiary. Dochodził do wniosku, że nigdy nie zrozumie swojej współlokatorki. A miał nadzieję, że w końcu spróbuje.
– Wy wszyscy jesteście tacy sami! – fuknęła i niemal tupnęła nogą, kiedy wstała. Stała przez chwilę twarzą w twarz z Kasjanem. Chociaż właściwie nie dosięgała mu do ramienia. Jednak mimo wszystko chłopak miał ochotę się wycofać z tej kłótni – Mówicie, że potrzebujemy was do wszystkiego, a kiedy próbujemy zrobić coś same, to nagle źle albo wyzywacie od feministek! – niemal krzyknęła mu w twarz.
Bez uprzedzenia niemal wybiegła do pokoju, trzaskając drzwiami, aż huknęło.
Kasjan otworzył szeroko oczy i cofnął lekko głowę, spoglądając na zamknięte drzwi pokoju Darii.
– Dzwoń po psychiatrę, Lili – stwierdził bez wątpienia.
Uśmiechnęła się lekko, kręcąc głową, podnosząc garnek.
– Ugotowała coś chociaż? – Zerknął do naczyń, ale nic nie znalazł. –Tyle stukania garnkami na nic? Ona nas wykończy. – Pokręcił głową, odkładając garnek zmartwiony. – Ja przynajmniej się starałem. Miałem chęci…
Lili pokiwała głową z lekkim uśmiechem. Już otworzyła usta, aby zapytać go o coś, ale szybko się zniechęciła. Zrezygnowała z pomysłu dopytywania się o Karolinę.
– Hm? Co chciałaś powiedzieć? – Nie uszło to uwadze Kasjana. W dodatku zaczął niemal przeszywać ją wzrokiem, na co Lili miała ochotę uciec do pokoju.
– Nic, nic ważnego – starała się go zbyć, ale z góry wiedziała, że jej pomysł skończy się fiaskiem. A tak nie chciała mu przypominać.
– Jezu, Lili. – Przewrócił oczyma, kręcąc teatralnie również głową. – Ręce mi opadają od twojej prywatności.
Kiedy to właśnie nie chodziło o jej prywatność. Jednak z opresji uratował ją dzwonek telefonu Kasjana. Lekko uśmiechnął się, gdy spojrzał w telefon, ale szybko przeszła mu radość. Z ociąganiem odebrał.
– Tak? – zaczął i skierował się w stronę pokoju.
Przemyła lekko naczynia. Chociaż jeszcze nie zostały użyte, tak już wylądowały na podłodze. Kierowana doświadczeniem zrobiła to sama, zamiast czekać na współlokatorów. Uśmiechnęła się mimowolnie, kładąc naczynia do szafki. Dokładnie pamiętała, jak się tu wprowadzała. Gdy rodzice sami pchali jej najwięcej kubków, naczyń, argumentując tym, żeby nigdy jej nie zabrakło. Ona protestowała, że przecież umie zmywać i nie będzie zapraszać stu osób. Pod wpływem uporu mamy, zapakowała tylko najpotrzebniejsze rzeczy, które pomógł jej przewieźć Sebastian. Tak właśnie miała zacząć się jej samodzielność. Chociaż nie do końca, bo dalej część czynszu płacili rodzice. To jej brat całkowicie się usamodzielnił. Pracuje, studiuje zaocznie i daje radę. Nawet na tyle, aby jeszcze martwić się o nią. Poczuła, że nie powinna dodawać mu problemów.
– Hej, czy ty mnie jeszcze słuchasz? – Dopiero teraz zauważyła, że Kasjan domaga się jej uwagi.
– Przepraszam, zamyśliłam się – odparła skruszona.
Pokiwał głową i położył telefon na stole. Usiadł na krześle i zaczął bawić się czerwoną, kwadratową podstawką pod kubek. Przekręcał ją niezliczoną ilość razy, a Lili cierpliwie czekała na to aż w końcu coś powie. Nie usiadła obok, nie rozglądała się nigdzie.
Podniósł wzrok na nią. Przegryzł delikatnie wargę.
– Nie znaleźli żadnych śladów, zbyt wiele. Za dużo kurzu, ziemi, tynku. Nie wiedzą kompletnie nic. Co prawda są jakieś odciski palców na dywanie, jego ciele, ale nie mają go w bazie.
Lili odetchnęła z ulgą. Kasjan pewnie też zaczął przestać martwić się o siebie. Mimo że to nie on popełnił zabójstwo, to podejrzenia pewnie skierowano by na niego, gdyby tylko mieli jakieś ślady. Jednak wyraz twarzy współlokatora, wskazywał na to, że w końcu zaczęło dochodzić do niego, co zrobił. A właściwie czego nie zrobił.
– Kasjan, teraz i tak już się czasu nie da odwrócić – odezwała się spokojnie.
– Wiem, Lili – przyznał rację.– Ja naprawdę czasem jestem debilem. – Walnął głową w stół.
W pierwszym momencie poderwała się, myśląc, że mu się coś stało, ale on zaraz podniósł głowę i spojrzał na nią, jakby nigdy nic.
– Może idź do niej? – podpowiedziała delikatnie. – Chyba potrzebuje wsparcia, co?
Wypuścił powietrze. Gapił się przez moment w stół i nagle wstał.
– Masz rację. Jestem durniem, że jeszcze tu siedzę. Martwię się o swoją dupę, a ona pewnie uważa, że jestem cholernym egoistą i nie liczy się dla mnie.
Zmienił tylko buty i założył kurtkę, obwiązując się szalikiem. Rzucił: „pa” i już go nie było.
Powiodła za nim wzrokiem. Musiała przyznać, że kompletnie zdziwiła ją nagła reakcja Kasjana. Ona tak prędko nie podjęłaby decyzji. Zastanowiłaby się z piętnaście razy albo co gorsza, jak to powiedział jej własny brat: użalała się nad sobą.
Właśnie doszło do niej, że sama nie potrafiła nikomu dać wsparcia. Magdzie, która pewnie na to liczyła. Zamiast tego dostała tylko kilka chłodnych słów. Wzięła komórkę w dłoń i wybrała z listy kontaktów koleżankę. Jednak po pięciu sygnałach dalej nikt nie odpowiadał. Wsadziła więc komórkę do kieszeni. Prawdopodobnie siedziała w szpitalu albo spała w najlepsze. Nie umknęły przecież jej cienie pod oczami. Musiała siedzieć przy łóżku matki całe dnie. Nawet nie miała pojęcia, w którym szpitalu leży. Za mało pytań, za mało kontaktów. Za dużo samotności. Ponownie wyjęła telefon. Obracała go w dłoni, aby w końcu zdobyć się na krótką wiadomość.

„Kocham Cię braciszku” 

Wysłała i nie musiała długo czekać na odpowiedź.

„Nawet za to co powiedziałem?” 

Zastanowiła się chwilę.

„Właśnie za to.” 

Przez chwilę nie dostała żadnej odpowiedzi.

„W takim razie mam nadzieję na Twoją obecność w weekend. I nie pozwolę Ci siedzieć w kącie. Zobaczysz jak Twój brat tańczy!” 

Aż zaśmiała się na głos. O ile nigdy nie mogła zaprzeczyć, że Martin potrafił tańczyć, tak jej brat niestety nie umiał. Jednak przy nich nie przejmował się tym, że się z niego śmieją. Za to podobno na imprezach ciężko go wyciągnąć na parkiet. Przynajmniej kiedyś usłyszała od Martina, jak namawiał jej brata, aby wreszcie wyszedł, bo ściany są stabilne i nie trzeba ich podpierać. Jednak tutaj znów nie musiał się martwić o to, że zostanie wyśmiany. Nie miała żadnych wątpliwości, że ma lepsze relacje ze współlokatorami niż ona. Nawet nie chodziło o to, że znał wcześniej Kubę. Widziała jak szybko dogaduję się z Kasjanem. Garnął do ludzi i nie miał przed nimi miliona tajemnic. Poza tym jej brat nigdy nie przepadał za samotnością. Wolał pograć, pobiegać, przejść się na spacer z kimś. Nawet na zakupy zawsze starał się kogoś zabrać. Rzadko kiedy siedział sam. Przeciwnie do niej, nie zamykał się po śmierci kumpla. Próbował spędzać czas z nią, a kiedy odpychała go wszystkimi możliwymi siłami, to wychodził z domu, umawiał się z kimś.
Weszła do swojego pokoju. Rozejrzała się dookoła. Właściwie gdyby nie rozgrzebana kołdra na łóżku i kilka rzeczy na biurku, to tak naprawdę ten pokój nie sprawiał wrażenia, że ktoś tu mieszka. Postanowiła, że nie weźmie wielu rzeczy z własnego pokoju. Większość zostawiła właśnie w swoim starym domu. Jedynie większość ciuchów przywędrowała razem z nią. Wysunęła około trzydziestocentymetrowe pudełko spod biurka. Od razu rzucił jej się w oko gruby zeszyt ze spiralą. Mimowolnie się uśmiechnęła. Jej pamiętnik, który zaczęła pisać, kiedy miała siedem lat, a który skończyła, gdy miała piętnaście. Przestała po śmierci Martina. Wydawało jej się to totalnie głupie. Pisać w jakimś notatniku o swoich uczuciach. Dziecinne. Poza tym doskonale wiedziała, że rodzice ją obserwują. Znając ich, mogli posunąć się nawet do przeglądania jej pamiętnika. Lili dawno temu nakryła Sebastiana, jak podczytywał którąś z notatek. Jednak wyłącznie dlatego, aby się zdenerwowała. W dodatku jeszcze później przypominał jej wypociny przy Martinie. Pamiętała, że zaskoczyła ją reakcja przyjaciela. Pokręcił wtedy głową i powiedział, że to kiepski pomysł czytać czyjeś myśli. Jeżeli ktoś nie chce się z nami nimi dzielić, to znaczy, że na to w jego oczach nie zasłużyliśmy. Lili wtedy odwróciła się do brata, podparła się rękoma i przechyliła lekko głowę, uniosła brwi i przytaknęła. Zauważyła jak Sebastian lekko się uśmiecha, ale zakończył cytować jej słowa. Chyba zrozumiał, że jej siostrze też należy się trochę prywatności. Nawet wtedy Martin jeszcze wymusił przeprosiny na nim, co jeszcze mocniej zaskoczyło Lili. Wręcz zastygła. Może i pozwalał sobie na mnóstwo rzeczy i wykorzystywał lekko to, że rodzice dopieszczają go jako jedyne swoje dziecko, ale w relacjach ludzkich potrafił naprawdę się wykazać. Chociaż nigdy by nie pomyślała, że zostaną przyjaciółmi. Zdecydowanie nie po początkach, których jak się okazało nie do końca pamiętała. Uśmiechnęła się do wspomnień. Należało jej się. W końcu ktoś jej nie pozwalał na wszystko i to właśnie ją denerwowało. Lubiła jak wszystko idzie po jej myśli, a on nie do końca na wszystko się godził, kiedy tylko wybuchała płaczem. Nie to co Sebastian. Nim manipulowała. Zawsze zabierał, ją tam gdzie chciała. Bawił się, kiedy to ona miała ochotę i podbierał słodycze z kuchni, kiedy oboje mieli ochotę. Martin za to nie wszędzie chciał z nią iść. Zwłaszcza, gdy jeszcze się nie polubili.
Otworzyła zeszyt przy końcu. Nigdy nie pisała daty, wolała zapamiętać w jakim wieku wtedy była.

„13 lat, 5 miesięcy i 4 dni. Wiosna

Drogi pamiętniku! 

Ech, nie. To robi się całkiem głupie. Przecież jesteś rzeczą martwą. Nie odczytasz tego… Od dziś się do ciebie nie zwracam. To moje zapiski.
Dzisiaj ten buc totalnie mnie zdenerwował. Już prawie zapominałam, jaki był kiedyś. Chociaż nie. On wciąż cały mnie wkurzał! Sebastian jest najlepszym bratem i przyjacielem, a on nie. Dla niego liczy się tylko on. Co on chce. Kompletnie nie chce iść na kompromis, że z nimi pójdę do lasu, na boisko. W końcu umiem grać w kosza… Ale mój kochany braciszek powiedział mi, że pójdę, ale następnym razem. Nawet mój płacz nie pomógł. Martin tylko nazwał mnie małą beksą. Ale postawiłam na swoim. Pójdę i pokażę mu, że umiem grać! Ciekawe co wtedy powie.”

Zaśmiała się do siebie. Pokręciła głową. Dopiero teraz zastanawiała się, jak oni mogli z nią wytrzymać.

„13 lat, 5 miesięcy i 5 dni. Wiosna

Martin to kompletny idiota! Debil, półgłówek i zdechła świnia!”


„13 lat, 5 miesięcy i 6 dni. Wiosna

Ten idiota pozwolił mi w końcu iść na koszykówkę. Grałam z Sebastianem w składzie, a on sam na nas. Martin jest okropnie wysoki. Chociaż ja mam już metr siedemdziesiąt dwa! Kiedy biegłam z piłką, którą podał mi Seba, ten bezczelny, okropny idiota złapał mnie i przerzucił sobie przez ramię, aby spokojnie podejść do naszego kosza i wrzucić piłkę! Sebastian za to potrafił się tylko śmiać! Jak tylko Martin mnie puścił, rzuciłam się na niego z pięściami, a kiedy to nie pomogło, drasnęłam go w rękę. To go zabolało! Jednak moja pewna mina znikła, gdy tylko na mnie spojrzał. Zawsze się uśmiechał, śmiał, ewentualnie przewracał oczami, kiedy go zirytowałam, ale teraz… Teraz zwiewałam co sił w nogach. Choć miałam przewagę kilku metrów i naprawdę zwinnie manewrowałam wokół drzew, posadzonych koło boiska, to w końcu mnie złapał. Na nic były moje krzyki, piski. A potem wybuch płaczu. Powiedział tylko, że jestem mazgajem i nie umiem wziąć na klatę odpowiedzialności. Przestałam płakać. W końcu nawet jeszcze nic mi nie robił. Tylko trzymał i niósł na boisko. Wołałam brata, aby mu coś powiedział, ale Martin zapobiegawczo krzyknął: „Nawet się nie waż. Twoja siostra nabroiła i poniesie konsekwencje”. Zaoponowałam mówiąc, że to przecież on zaczął. Jednak odparł, że on nie zrobił mi krzywdy. Piszczałam, żeby mnie puścił, że przepraszam i aby nie robił mi nic złego. Zaśmiał się i powiedział, że mogę dziękować Bogu, że nie ma tu jeziora. A potem nawet nie wiem kiedy, siedziałam już na ławce, ale na jego kolanach. Obejmował mnie mocno, przyciskając moje ręce do brzucha. Odwróciłam głowę, patrząc jak się tylko cieszy. Sebastian podszedł do nas, również nie rozumiejąc o co chodzi.
– Ile jeszcze wytrzymasz, czekając na to co z tobą zrobię? – zapytał z bezczelnym uśmiechem.
To dlatego tyle czekał. Wiedział, że nie cierpię czekać.
– Puść mnie – zdecydowałam się na jeszcze jedną próbę.
Wyraźnie go to ucieszyło. Pokręcił głową i siedział tak dalej. W końcu zaczęłam się wyrywać, ale zbyt mocno mnie trzymał.
– Dusisz mnie… – jęknęłam.
Nagle pożałowałam tych słów. Wciąż mocno mnie trzymał, ale wolnymi palcami łaskotał mnie po żebrach. Wybuchnęłam głośnym śmiechem i jeszcze mocniej próbowałam się wyrwać.
– Naucz się wreszcie nie wtryniać nochala w nie swoje sprawy – szepnął mi do ucha, jednocześnie łaskocząc mnie oddechem. – Też potrzebuję spędzić trochę czasu sam na sam z Sebą.
Słyszałam to wszystko, ale nie potrafiłam odpowiedzieć w żaden sposób. Już nawet przestałam się wyrywać, bo nic to nie pomagało, a dodatkowo bolało. Martin wydawał się nie przejmować brakiem odpowiedzi z moich ust. Nie dopytywał czy się namyśliłam. Zwyczajnie wydobywał ze mnie coraz to głośniejszy śmiech. Chciałam się skulić, ale on obejmował mnie tak, że nie miałam żadnej swobody ruchu. Musiałam siedzieć, tak jak mnie usadził. Dopiero kiedy zaczęłam kasłać, przestał. Poklepał mnie po plecach, ale ja tylko krzyknęłam na niego, że jest totalnym idiotą i pobiegłam do domu. Cieszyłam się że znowu nie zaczął mnie gonić, bo gdy tylko zeszłam im z oczu, przystanęłam aby odpocząć. Od tego śmiechu zaczął mnie już boleć brzuch. Gdy weszłam do pokoju, powiedziałam tylko mamie, że ma nie wpuszczać tego idioty Martina i zabrałam klucz do pokoju. Widząc zaskoczoną mamę, powiedziałam tylko, że ją wpuszczę, tylko nie jego. Nadal nie wyjaśniało jej to wiele, ale ja już popędziłam do pokoju. Po kilku godzinach, usłyszałam jego głos i Sebastiana. Potem zapukał, nacisnął na klamkę, ale nie odpowiedziałam nic.
– Mała, nie obrażaj się.
– Nie jestem mała! – wykrzyczałam.
Zaśmiał się.
– Jesteś mała rozumkiem – odpowiedział ze śmiechem.
Niemal chciałam otworzyć drzwi, ale w ostatniej chwili się opanowałam.
– Nic ci nie zrobiłem. Po prostu zrozum, że nie będziesz wszystkiego z nami robiła. A na mnie nie działa twój płacz, bo jest wymuszony. Masz 13 lat i najwyższy czas przestać zachowywać się jak mały bachor.
Wykrzyczałam, że jest totalnym idiotą i puściłam na głos muzykę. W końcu odpuścił. Jednak domyślałam się, że poszedł do Sebastiana. Już więcej nie odezwę się do niego”.

Mimo, że minęło tyle lat, to wciąż umiała dokładnie odtworzyć sobie tę sytuację. Pokręciła głową. Ile on miał dla niej sił.
Nagle odezwała się jej komórka. Na wyświetlaczu pokazał się numer Magdy. Odebrała od razu.
– Cześć. Przepraszam, spałam.
„Czyli pewnie odsypiała – pomyślała Lili”.
– Jasne, nie ma sprawy. Jak się czujesz?
– Chyba tak jak wyglądam – odpowiedziała z lekkim śmiechem. – Mama widząc moje podkrążone oczy, obiecała że dostosuje się do tych wszystkich zaleceń.
– Czyli podjęła mądrą decyzję.
– Wiesz, boję się, że mówi tak tylko teraz, a potem zbagatelizuje problem.
– Przypomnij jej, że właśnie na tyle bagatelizowała swoje zdrowie, że wylądowała w szpitalu i to już nie jest zwykłe nic. Poza tym musi dla was żyć.
– Tata cały czas już jej to powtarza. Chyba po prostu musimy jej przypilnować.
– Trzymam kciuki. Dacie radę.
– Mam nadzieję – odparła ciszej.
– Jeżeli będziesz potrzebowała pomocy, to powiedz – zaoferowała Lili pod wpływem impulsu.
– Dzięki za ostatnią opiekę nad Olafem.
– Podobno jesteś dla niego okrutna. Skarżył się, że nie może z tobą wygrać, jak się z nim droczysz – zaśmiała się.
– To mały łobuz – usłyszała wesoły głos w słuchawce. – Po prostu kocham go i szczególnie teraz nie chcę, aby i on się tyle przejmował.
– W razie czego, chętnie się nim zaopiekuję. No i mam wolne ramię, gdybyś chciała się wygadać, wypłakać.
– Dzięki, jak już stracę nerwy, to pewnie z tego skorzystam. Trudno być ciągle silnym.
– Nie warto. Jeżeli masz ludzi, którzy cię wesprą, to skorzystaj z tego. Nie rób moich błędów.
– Heh w porządku. Dziękuję. W końcu jesteś najlepsza na roku.
– Tylko z fizyki.
„Z życia niestety nie – pomyślała”.
– Będę musiała nadrobić zajęcia.
– Dasz radę. Pomogę ci. Notatki przecież też mam. W końcu jestem najlepsza na roku – powtórzyła jej słowa, a Magda zaśmiała się. – Razem nie zginiemy.
– Podoba mi się twoje myślenie – orzekła koleżanka. – W takim razie będę się odzywać. A teraz wybacz, ale ta mała menda nie daje mi żyć i chce się bawić.
– Jasne, trzymaj się – pożegnała się i położyła telefon na biurku.
Spojrzała jeszcze raz do pudełka i postanowiła w końcu rozpakować swoje osobiste rzeczy.
--------------------------------------
Hej, sporo mnie tu nie było. Chociaż jak na mnie to całkiem normalnie ;D. Mam w końcu zamiar przystosować się do mojego grafiku życiowego i jakoś to wszystko ogarnąć. Miło by było gdyby się udało.

Hm... bez komentarza ;P